Czy widzieli kiedyś Państwo dziecięce rysunki? Te pierwsze, kiedy dziecko ma niespełna rok - dwa, i później, w czasach przedszkolnych. Co tam widzimy - drzewo, słońce, próby rysowania postaci, na ogół rodziców. Ponadto w centralnym miejscu - dom. Zastanawiam się, czy na pewno dom, bo łatwo go narysować - kilka kresek ułożonych w kwadrat i mamy zarys, potem trójkąt na górze jako dach - i tak powstaje projekt domu, najprostszy i odruchowy. Nie sądzę, aby dzieci rysowały dom dlatego, bo łatwo go narysować. Tworzą też postacie, co jest dla nich już wysiłkiem twórczym wyższego rzędu, ale koniecznie chcą narysować rodziców lub osoby, z którymi stykają się na co dzień, bo jest to dla nich ważne. I na tym słowie - "ważne" skupię się, bo myślę, że dziecko rysuje to co jest mu bliskie. Nawet zaryzykuję twierdzenie, że dziecko wyjątkowo czytelnie obraca się w sferze pojęć i spraw podstawowych i fundamentalnych. Do nich dziecko zalicza dom. Dla niego dom jest ważny.
Przybliżmy wysiłek twórczy pięciolatka zmierzający do zaprojektowania choćby szkicu projektu domu. W doświadczeniu, które miałem przyjemność na potrzeby tego tekstu wykonać, wzięło udział dwoje dzieci, dziewczynka w wieku 6 lat i chłopiec w wieku 5 lat. Polecenie było czytelne: narysuj dwa domy i rozmieść w nich swoją rodzinę. I tak jak w przypadku testów tego typu chodzi o wyłapanie relacji rodzinnych, tak w moim skromnym doświadczeniu chodziło o to jak dzieci zaprojektują dwa domy i jak będzie odnosiło się to do ich (ich rodziców) rzeczywistej sytuacji mieszkaniowej. Rysowanie dzieciom zajęło około pół godziny. W przypadku dziecka starszego - sześcioletniej dziewczynki rzecz powstała spontanicznie i stosunkowo szybko, tutaj była sprawa naturalna i nie budziła "badawczych" wątpliwości. Pewne wątpliwości budziło działanie dziecka młodszego - podeszło do sprawy ambitnie i częściowo sugerowało się pracą starszej siostry.
Jakie były wyniki pracy tego "zespołu projektowego"? W obydwu wypadkach powstały rysunki, które zawierały: słońce i po dwa domy. Zdziwienie budził fakt, że jeden z domów to bez wątpienia dom jednorodzinny, a drugi dom to taki mały blok. Ten pierwszy dom miał mocną szeroką podstawę i był bardziej dopracowany, drugi zawierał trzy kondygnacje. Największe jednak zdziwienie wywołało u mnie przyporządkowanie całej rodziny do domu jednorodzinnego, mimo, że dzieci mieszkają w bloku. Muszę zaznaczyć, że dzieci od dłuższego czasu nie były z wizytą u kogoś, kto mieszka w domu. Nie rysowały też babci i dziadka, co sugerowałoby, że tu chodzi o dom dziadków.
Mam prawo przypuszczać, że dzieci chcą mieszkać w domu jednorodzinnym. Dwie sprawy mi się tu nasuwają. Po pierwsze zamieszkanie w domu wolno stojącym daje praktyczne korzyści, np. łatwość wyjścia na zewnątrz, duża przestrzeń do zabawy. Po drugie możemy się doszukiwać w marzeniu mieszkania "u siebie" czegoś więcej, co lokowałbym we wspomnianej już sferze odruchów pierwotnych, spontanicznych i może funkcjonujących od początku naszego życia.
Podobnie sprawa wyglądała przy przeglądaniu wizualizacji komputerowych projektów domów. Bloki, budynki wielorodzinne nie budziły większego zainteresowania dzieci. Po wejściu na stronę www.kbprojekt.pl, gdzie możemy zobaczyć ponad 600 projektów domów jednorodzinnych sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej. Dzieci były poważnie zainteresowane, a nawet przejęte. Daleki tu jestem od generalizacji i tworzenia teorii na temat pierwszych skojarzeń i zainteresowań człowieka w jego rozwoju. Nie mniej jednak dom jednorodzinny, przedstawiany w Gotowych Projektach, bardzo popularnym katalogu branżowym, czy też na wspomnianej stronie internetowej firmy KB Projekt, wywołał u dzieci falę zainteresowania i skupienia. To jakby była to ich rzeczywista i naturalna potrzeba mieszkaniowa, może nawet życiowa. To ich miejsce, w którym chcieliby zamieszkać.
Ta potrzeba posiadania domu na wyłączność jest spotykana u większości ludzi. Nie zawsze można znaleźć logiczne uzasadnienie tej potrzeby. Po prostu jest. Czasem jest przez wiele lat utajniona, a w sprzyjających okolicznościach ujawnia się. Znamiennym przykładem jest tu pani Krystyna, sąsiadka moich rodziców, szczęśliwa posiadaczka domu jednorodzinnego. Czy tak do końca szczęśliwa?
Pani Krystyna pochodzi z małej wsi na wschodzie Polski. Wychowała się w rodzinie wielodzietnej. Jej dom rodzinny był kryty strzechą, składał się z dwóch pomieszczeń. Nie było łatwo. W latach tuż po wojnie, na które przypadło jej dzieciństwo, jej wieś nie miała jeszcze prądu, a do początku lat 80-tych woda była czerpana ze studni. Cała rodzina była zaangażowana w prace na polu, dużo czasu poświęcały dzieci starsze na opiekę nad młodszymi. Pani Krystyna mówi: Jako jedyna z rodzeństwa ukończyłam wyższe studia. Wyprowadziłam się do miasta. Długie lata nie wspominałam dobrze mieszkania na wsi, w domu rodziców. Oczywiście była miłość do rodziców i rodzeństwa, przywiązanie, ale chodziło mi o naprawdę trudne warunki życiowe. To trochę przerzuciło się na niechęć do posiadania domu jednorodzinnego. I tak było przez długie lata. Problem z potrzebą powrotu do korzeni pojawił się kiedy z kolei moje dwoje dzieci wyjechało na studia i sami zostaliśmy z mężem w domu. Sąsiedztwo, skądinąd miłych ludzi, w bloku zaczęło mi doskwierać. Brakowało mi ogrodu i ciszy. Pani Krystyna, jak wspomina, podjęła wyzwanie budowy własnego domu z duszą na ramieniu. Nie miała wsparcia w mężu, który sporo chorował. Był rok 1982 kiedy kupiła działkę, stosunkowo tanio. Potem kredyty i budowa. O materiały i ludzi do pracy było bardzo ciężko, ale pieniądze wtedy nie były taką przeszkodą. Budowa wydłużała się. Zaczęły się problemy z dziećmi, bo dla nich brakowało już pieniędzy i czasu. Jakaś dziwna siła, może chłopski upór pchał mnie, żeby skończyć budowę. Kto wtedy myślał o wyborze projektu domu - były trzy do wyboru i kropka. Teraz żałuję, że pod tym względem nie trafiłam na dzisiejsze czasy. Kolejnym przeszkodą w budowie było urealnienie kredytów, to było chyba na początku 1990 roku. Nagle spłata kredytu musiała podążać za inflacją. Pani Krystyna i z tego wybrnęła. Budowę kończyła w okolicach 1997 roku. Tak, trwało to wszystko ponad 15 lat. Ten dom był we mnie przez całe życie. Wie Pan, to stało się kosztem wielu spraw, nie było łatwo, ale nareszcie jestem u siebie. To wspaniałe.
Rozmawiam z panią Krystyną a ona ma chyba łzy w oczach. Łzy szczęścia.
Zestawiłem te dwie sytuacje sporo oddzielone w czasie: mini doświadczenie z udziałem dzieci, rzecz bez dalszych konsekwencji - z wieloletnim doświadczeniem życiowym osoby, bo w obydwu przypadkach mamy sytuacje "domu, który tkwi w nas". W pierwszym wypadku do odruch, zapis na czystej tablicy. W drugim to wydobycie z głębokich pokładów rzeczywistych potrzeb. Obydwa fakty łączy spojrzenie na dom jako rzecz podstawową, jak... słońce. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że jest to siła podobna do np. pierwotnych odruchów. Ale niewątpliwie w życiu ogromnie zasadnicza.
Piotr Owsiany